14-07-2009

„Un-conference” o bibliotekach i dla bibliotekarzy

W dniach 14-16 czerwca 2009 roku w Aarhus w Danii odbyła się międzynarodowa konferencja Next Library, zorganizowana przez Bibliotekę Publiczną w Aarhus. W konferencji tej miałam okazję uczestniczyć jako koordynator regionalny Programu Rozwoju Bibliotek, stanowiącego część ogólnoświatowej inicjatywy Global Libraries Fundacji Billa i Melindy Gates.

Tematyka konferencji poświęcona była nowoczesnym i innowacyjnym usługom bibliotek publicznych, promocji dobrych praktyk, a także rozważaniom na temat przyszłości bibliotek
i zawodu bibliotekarza. Zaproponowano kilka tematów przewodnich do wykładów, warsztatów oraz dyskusji:

  • współtworzenie zasobów,
  • innowacyjność usług bibliotecznych,
  • biblioteki a kultura młodzieży,
  • projektowanie budynków i wnętrz bibliotecznych,
  • interaktywne biblioteczne przestrzenie,
  • kompetencje bibliotekarzy,
  • biblioteki a budowanie społeczności,
  • kreatywność i uczenie się.

Konferencja została zorganizowana według formuły „un-conference”, nie za dobrze jeszcze znanej w Polsce, choć prowadzono już w naszym kraju podobne eksperymenty (np. poznański Barcamp).

„Un-conference” to – w dużym uproszczeniu – „konferencja”, której program przygotowywany jest przez jej uczestników. W przypadku Next Library wyglądało to następująco:

  • mniej więcej miesiąc przed planowanym rozpoczęciem konferencji organizatorzy uruchomili serwis społecznościowy na platformie CrowdVine; w serwisie pojawił się ramowy program wraz z otwartymi sesjami, które uczestnicy mogli „zagospodarowywać” zgodnie z podanymi tematami przewodnimi;
  • CrowdVine umożliwia „społecznościową” i "Web 2.0 – ową" obsługę konferencji – uczestnicy założyli swoje profile, zamieścili informacje o sobie i rozpoczęli budowę sieci kontaktów (mieliśmy do dyspozycji następujące opcje: „chcę poznać…”, „jestem przyjacielem…”, „jestem fanem…”);
  • po zaproponowaniu przez uczestnika (grupy uczestników) tematu otwartej sesji pozostali uczestnicy mogli się na tę sesję wirtualnie zapisać, co umożliwiało natychmiastowy monitoring zainteresowania danym tematem;
  • w trakcie konferencji serwis służył do zamieszczania uwag, wypowiedzi czy prowadzenia dalszych dyskusji na tematy związane z poszczególnymi sesjami;
  • zarówno organizatorzy, jak i uczestnicy proponowali różne formy uczestnictwa w konferencji: wykłady prelegentów, sesje 9-minutowych prezentacji (krótkie prezentacje PowerPoint oraz prelekcje zwykle poświęcone wybranym projektom czy wydarzeniom), sesje plakatowe, warsztaty praktyczne, burze mózgów, wywiady, dyskusje panelowe;
  • możliwe było łączenie kilku form uczestnictwa, np. prelekcja + dyskusja, 9-minutowa prezentacja + sesja plakatowa, prezentacja projektu (w postaci filmów video) + wywiady z uczestnikami;
  • nie wypadało być biernym odbiorcą – uczestnik biorący udział w danej sesji najczęściej sam zabierał głos, mógł też oczekiwać, że prędzej czy później zostanie wyrwany do odpowiedzi;
  • w trakcie wykładów uczestnicy posiadający notebooki przesyłali kometarze w czasie rzeczywistym oraz pytania do prelegentów za pośrednicwem serwisu mikroblogowego Twitter; pytania i uwagi były wyświetlane na ekranie, co dawało prelegentom możliwość natychmiastowej odpowiedzi;
  • przygotowane przez organizatorów „energetyzujące” gry i zabawy społeczne niejako wymuszały i podtrzymywały integrację oraz komunikację pomiędzy uczestnikami;
  • prezentacje z konferencji zostały publikowane w serwisie SlideShare, a robione przez uczestników zdjęcia – w serwisie Flickr.

Organizatorzy przedstawili także uczestnikom zasady un-conference. Zasady te w języku oryginalnym można przeczytać na Special Libraries Association Un-Conference Wiki. W języku polskim wyglądają one mniej wiecej tak:

  • ktokolwiek pojawi się na sesji, jest „na miejscu” i ma prawo tu być;
  • cokolwiek się wydarzy, jest to właśnie to, co miało się wydarzyć;
  • cokolwiek się zaczyna, jest to właściwy czas, by się zaczęło;
  • jeśli coś się zakończyło, to jest to już koniec.

Program Next Library, a przynajmniej te ciekawsze wystąpienia, sesje i projekty, zasługują na poświęcenie im miejsca w osobnych postach. Tu dodam jeszcze, że un-conference – przynajmniej w wydaniu duńskim – jest w moim odczuciu znakomitym pomysłem umożliwiającym nie tylko na nawiązanie kontaktów, wymianę doświadczeń czy promocję własnych projektów. To co działo się podczas Next Library, wywoływało u uczestników niezwykle pozytywny ferment, motywowało do działania, stymulowało dyskusję i pozwalało spojrzeć z innej perspektywy na wiele spraw związanych z naszym zawodem. Być może dlatego, że ta akurat konferencja zgromadziła uczestników z niemal całego świata (20 krajów, 5 kontynentów), niemniej jednak gorąco polecam formułę un-conference i mam nadzieję, że z czasem przyjmie się także w naszym kraju.



Helene Blowers - autorka bloga LibraryBytes oraz programu szkoleniowego Learning 2.0: 23 Things przedstawia historię "bibliotecznego" feniksa



Prelegenci (Helene Blowers, Jens Thorhauge, Gene Tan) odpowiadają na pytania i uwagi publiczności zadane za pomocą Twittera



W czasie swojej sesji autorzy projektu ShanachieTour z DOK Library Concept Center (Delft) rozmawiają za pomocą Skype'a z Michaelem Stephensem - autorem bloga "Tame the Web" i znanym propagatorem Web 2.0 w bibliotekach


W bibliotece można pobawić się, pograć, pośpiewać i poćwiczyć refleks ;)





Nowoczesna "stara" biblioteka w Aarhus - tak już przestarzała, że obecnie budowana jest nowa - na miarę XXI, XXII i kolejnych wieków...





Charakterystyczne dla duńskich bibliotek luz, komfort i wygoda - także w Aarhus



Biblioteka publiczna w Aarhus - od frontu



Konferencja (bibliotekarska) niezwykła choćby z powodu liczby uczestników płci męskiej ;)





Nie byłam jeszcze w kraju bardziej przyjaznym dla rowerzystów...



Parking dla rowerów. Made in Denmark



Dom marzeń...




Lotnisko (sic!) w Aarhus
:)

08-12-2008

Wirtualny świat jako źródło informacji – zachowania użytkowników Second Life i możliwości dla bibliotekarzy

Wraz z pojawieniem się serwisów Web 2.0 zmieniły się sposoby prezentacji, publikacji i wyszukiwania informacji. Każdy internauta może być jednocześnie autorem, wydawcą, odbiorcą, konsultantem, arbitrem, katalogerem i dystrybutorem zasobów informacyjnych. Co więcej, mimo że wciąż istnieją i rozwijają swój fach specjaliści od opracowywania i wyszukiwania informacji (bibliotekarze, infobrokerzy, architekci informacji), internauci świetnie radzą sobie sami. Jest to zrozumiałe – w końcu mają do dyspozycji tak potężne narzędzie, jak Google i tak ogromne, niewyczerpane źródło wiedzy, jak globalna społeczność użytkowników Internetu.

A narzędzia Web 2.0 wciąż ewoluują i wciąż pojawiają się nowe. Wirtualny świat Second Life, choć nie tak całkiem nowy, stanowi doskonały przykład tego, jak zmieniły się w ostatnich latach sposoby organizowania, szukania i zdobywania informacji.


***

Margaret Ostander, autorka tekstu Talking, looking, flying, searching: information seeking behaviour in Second Life (Library Hi Tech, 2008, vol. 26, no. 4), przeprowadziła badania zachowań „graczy” poszukujących w Second Life informacji. Jej spostrzeżenia, sformułowane na podstawie obserwacji oraz przeprowadzonych wywiadów, pokazują specyfikę wirtualnego świata jako źródła informacji.

Second Life rozwija się dzięki kreatywności użytkowników, którzy współtworzą wirtualne lokalizacje – indywidualnie lub kolektywnie, a także według zasad produkcji partnerskiej (np. Chinatown jest efektem współpracy programistów i grafików z całego świata). Świat SL jest też wykorzystywany w celach edukacyjnych – instytucje non profit, w tym biblioteki czy uczelnie wyższe (np. Uniwersytet Harvarda), udostępniają elektroniczne źródła informacji, tworzą wirtualne laboratoria, organizują konferencje naukowe i wykorzystują środowisko 3D do wspomagania procesu nauczania.

Margaret Ostander wyróżnia 5 podstawowych kategorii zachowań użytkowników poszukujących informacji w Second Life: (1) kontakty społeczne, (2) wykorzystywanie technicznych i graficznych właściwości interfejsu SL, (3) przypadkowe odkrycia, (4) stosowanie mechanizmów wyszukiwawczych SL i (5) zabawa.

Kontakty społeczne

Badania Ostander pokazują, że zdecydowana większość (75%) „graczy”, gdy chce się czegoś dowiedzieć w SL, korzysta z pomocy innych użytkowników. Kontakty społeczne wykorzystywane są na różne sposoby: użytkownicy „rozmawiają” ze sobą, zadają pytania, obserwują się nawzajem, „podglądają” rozmowy (które stają się widoczne, jeśli osoba - awatar znajdzie się w odległości 20 wirtualnych metrów od „rozmawiających” osób - awatarów), naśladują zachowania innych „graczy” itp. Dzięki właściwościom interfejsu SL użytkownik może dowiedzieć się czegoś, korzystając z technik nie mających zastosowania w innych środowiskach. Np. ruch rąk awatarów naśladujący pisanie na klawiaturze sugeruje, że gracze” prowadzą ze sobą rozmowę, której treść można zobaczyć, jeśli podejdzie się bliżej.

Relacje społeczne stanowiące ważny atrybut serwisów Web 2.0, a także światów wirtualnych takich jak Second Life, prawie nie występują w trakcie wyszukiwania informacji za pośrednictwem tradycyjnych wyszukiwarek internetowych. Uczestnicy badań Margaret Ostander podkreślali, że np. korzystając z Google nie mogą jednocześnie kontaktować się z osobami, które szukają tych samych informacji ani wspólnie oglądać czy też doświadczać efektów poszukiwań.

Co ciekawe, Second Life postrzegane jest także jako narzędzie wyrównujące szanse społeczne. Jeden z respondentów – miłośnik opery – chętnie bywa na wirtualnych przedstawieniach w SL, podczas gdy w świecie rzeczywistym jego status społeczny nie pozwala uczestniczyć w tego typu wydarzeniach, które w Ameryce zwyczajowo „zarezerwowane” są dla osób zamożnych.

Wykorzystywanie technicznych i graficznych właściwości interfejsu SL

Środowisko graficzne SL umożliwia „graczom” poruszanie się w nim na różne sposoby: mogą chodzić, unosić się w powietrzu, latać i teleportować się do miejsc, które chcieliby odwiedzić. Miejsca i obiekty – odpowiedniki lub symulacje świata rzeczywistego (piramidy egipskie, wirtualny Paryż, przejażdżka gondolą w Wenecji) mogą być oglądane, zwiedzane i doświadczane przez osoby, które z różnych względów w świecie rzeczywistym nie mogą dotrzeć do takich miejsc.

Latanie i unoszenie się w powietrzu oferuje zwiedzającym SL możliwości, do jakich zwykle – w swoim świecie – nie mają dostępu. Mogą spojrzeć na miejsca, budowle czy obiekty z różnych perspektyw i przyjrzeć się dokładnie niewidocznym zazwyczaj szczegółom. Mogą „wejść” do środka budynku i zbadać jego wnętrze, uczestniczyć w symulacji jakiegoś zjawiska czy procesu lub obejrzeć trójwymiarowe odwzorowanie interesujących ich obiektów.

Informacja, która w świecie rzeczywistym podana jest w postaci opisu, w świecie 3D staje się doświadczeniem.

Przypadkowe odkrycia

W świetle badań M. Ostander 17% „odkryć” w SL ma charakter przypadkowy. Użytkownicy dowiadują się o interesującym miejscu, budowli czy instytucji przez przypadek lub sami celowo udają się w nowe miejsce, licząc na to, że znajdą tam coś, co ich zaciekawi. Tego typu poszukiwania prowadzone są na własną rękę, bez udziału innych osób.

Stosowanie mechanizmów wyszukiwawczych SL

Zaledwie 8% respondentów korzystało z mechanizmów wyszukiwawczych SL. Większość badanych (60%) negatywnie oceniła wyszukiwarkę SL jako narzędzie pomagające w dotarciu do interesujących ich informacji czy lokalizacji. Jedna wypowiedź sugerowała, że brakuje w SL usługi „powered by Google”, która łączyłaby funkcjonalność najpopularniejszej internetowej wyszukiwarki z możliwościami „doświadczania” szukanych informacji, jakie oferuje środowisko 3D.

Zabawa

Zdaniem osób badanych świat Second Life to „znacznie większa zabawa” niż tradycyjny Internet. Dla przeciętnego użytkownika Second Life kojarzy się z dobrą zabawą – miejsca i obiekty pozbawione elementów rozrywki mogą okazać się dla odwiedzających mniej atrakcyjne.

***

W tym samym numerze czasopisma Library Hi Tech pojawił się także artykuł Kristy Godfrey A New Word for virtual reference. Autorka przypomina, jak w ciągu wieków, a zwłaszcza ostatnich dziesięcioleci, zmieniały się sposoby świadczenia usług informacyjnych przez bibliotekarzy. Pokazuje też nowe możliwości, jakie oferują bibliotekom światy wirtualne.

Służba informacyjna jest nierozerwalnie związana z zawodem bibliotekarza. Z początku informacje udzielane były ustnie, w oparciu o posiadane zasoby, zgromadzone, opracowane i skatalogowane w sposób, który przeciętnemu śmiertelnikowi kojarzy się z czymś z gruntu niezrozumiałym i na dodatek – śmiertelnie nudnym. Potem telefonicznie – na odległość, co było znacznie wygodniejsze dla osób, które przedkładają oszczędność czasu ponad osobisty kontakt z przewodnikiem po źródłach informacji. Następnym krokiem okazały się narzędzia asynchroniczne, pozwalające zadać specjaliście pytanie bez względu na porę dnia (poczta elektroniczna, formularze kontaktowe, usługa „Zapytaj bibliotekarza”). I wreszcie czat w czasie rzeczywistym, będący odpowiednikiem poczciwego telefonu w świecie cyfrowym: klikający ze sobą „rozmówcy” muszą być obecni i dostępni dla siebie w tym samym czasie.

Światy wirtualne mogą się stać kolejną niszą dla bibliotekarzy. Mają oni szansę znaleźć nowych odbiorców swoich usług, z zastrzeżeniem, że sami muszą nauczyć się funkcjonować w tego typu światach i dokładnie poznać ich specyfikę. O tym, że może być w Second Life zapotrzebowanie na tego typu usługi, świadczą statystyki Info Island: w ciągu roku od uruchomienia wirtualnej „bibliotecznej wyspy” odnotowano 6700 użytkowników, udzielono 2000 informacji skierowujących i 2500 rzeczowych, z czego 287 dotyczyło świata rzeczywistego. Jak można zauważyć, zdecydowana większość udzielanych informacji związana jest tematycznie z Second Life – „gracze” chcą wiedzieć, jak trafić do ciekawych miejsc, jakie usługi czy towary oferują im rezydenci i jakie aktualnie odbywają się wydarzenia. Udzielanie tego typu informacji wymaga też umiejętności posługiwania się narzędziami wyszukiwawczymi SL (a jak wynika z opinii uczestników badań Margaret Ostander, nie są one zbyt przyjazne) oraz gruntownej znajomości stosowanych technologii.

Zachowania „graczy” różnią się znacznie od zachowań użytkowników bibliotek w świecie rzeczywistym. Goście występują pod postacią anonimowych awatarów, lubią podpatrywać, obserwować, podsłuchiwać, sprawdzać i zadawać kłopotliwe pytania. Trudno jest na podstawie wyglądu awatara oszacować wiek, wykształcenie, wiedzę, status społeczny, narodowość czy nawet kolor skóry użytkownika. Może też okazać się, że przyszedł tylko po to, by... sprawdzić jakość pracy dyżurującego bibliotekarza ;-)

23-11-2008

Biblioteka w komórce

Równo dwa lata temu podczas konferencji „Automatyzacja bibliotek publicznych” zaintrygował mnie opis darmowego Systemu Bibliotecznego Mateusz, autorstwa Mirosława Domańskiego, a zwłaszcza możliwości, jakie ten system daje użytkownikom telefonów komórkowych (obsługa konta czytelnika za pomocą komend SMS) i palmtopów (specjalna wersja interfejsu).

Rozwój systemów bibliotecznych w kierunku zagospodarowania rynku odbiorców telefonii mobilnej wydaje się czymś oczywistym, szczególnie w świetle danych statystycznych udostępnianych przez GUS (w Polsce funkcjonuje obecnie ponad 40 milionów telefonów komórkowych, a penetracja rynku na koniec 2007 r. wyniosła 112%) oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej (penetracja – 90,9%). Wynikałoby z tego, że zdaniem GUS komórek w Polsce jest więcej niż mieszkańców naszego kraju, a zdaniem UKE – ponad 90% Polaków posiada telefon komórkowy (statystycznie - w rzeczywistości wielu ma po kilka komórek, podczas gdy inni nie mają ani jednej). Lecz jeśli przynajmniej niewielki procent posiadaczy, podobnie jak ja jadąc autobusem w żółwim tempie lub stojąc w korku, po kilka razy z nudów sprawdza pocztę na Gmailu (opcja dostępna na komórkę), dlaczego by nie zaoferować im możliwości przeglądania w ten sposób bibliotecznego katalogu i zamawiania książek?

Poszukiwania w Sieci materiałów na ten temat doprowadziły mnie do tekstu Grzegorza Gmiterka na temat aplikacji MobilLIB , będącego jednocześnie recenzją artykułu "Beyond OPAC 2.0: Library Catalog as Versatile Discovery Platform". Dużo ciekawych informacji zawiera także prezentacja dr Katarzyny Materskiej „Mobilność usług informacyjnych" przedstawiona podczas Podlaskiego Forum Bibliotekarzy „Nowoczesne usługi informacyjne w bibliotekach”. Jak zwykle niezawodny okazał się serwis Flickr, gdzie w galerii użytkownika user’s lib można obejrzeć zrzuty z komórkowych ekranów bibliotecznych katalogów i stron. Edward Vielmetti na swoim blogu Superpatron publikuje listę bibliotek oferujących swoim czytelnikom interfejs na komórkę (komentarze do posta stanowią rozszerzenie tej listy).

Jednym z częściej stosowanych mobilnych systemów w amerykańskich bibliotekach jest AirPAC – moduł systemu Millenium autorstwa Innovative Interfaces Inc. Inna komórkowa aplikacja to np. CardCat Mobile (używana przez Ball State University Libraries).






Biblioteczny interfejs na komórkę to nie tylko katalog. Po odwiedzeniu strony danej biblioteki użytkownicy mogą uzyskać informację o jej lokalizacji, godzinach otwarcia, oferowanych usługach, odbywających się w bibliotece wydarzeniach, a nawet skorzystać z różnych form kontaktu z biblioteką (wraz z usługą typu „Ask a librarian”).















Mobilne biblioteczne aplikacje oferują czytelnikom dostęp do bibliotecznego katalogu 24 godziny na dobę w dowolnym miejscu i czasie, pozwalają wyszukać interesujące ich zbiory (także z wykorzystaniem opcji zaawansowanych), zapoznać się ze statusem danej pozycji (wypożyczona, dostępna), zamawiać, prolongować, a także uzyskać informację na temat stanu swojego konta: o przetrzymaniach, wysokości naliczonych kar, itp.)

















Yale Medical Library udostępnia także na komórkę specjalistyczne bazy danych (np. ePocrates).


25-05-2008

Anarchista w bibliotece


Siva Vaidhyanathan
The Anarchist in the Library: How the Clash Between Freedom and Control Is Hacking the Real World and Crashing the System
New York, Basic Books 2004

Wbrew tytułowi, nie jest to książka o bibliotekach. Choć może zainteresować bibliotekarzy – szczególnie cyfrowych, którzy borykają się z restrykcjami prawa autorskiego i którym zależałoby na wdrożeniu mechanizmów umożliwiających publikację zasobów kulturowych i informacyjnych w domenie publicznej.

Zdaniem autora – medioznawcy, historyka kultury, profesora nowojorskiego uniwersytetu – współczesny świat to pole walki dwóch zwalczających się sił: anarchii i oligarchii. Anarchiści to ci, którzy propagują wolny dostęp do informacji i dóbr kultury, oligarchowie to ci, którzy starają się informację kontrolować.

Oczywiście, są to pewne metafory i symbole, tak jak występująca w tytule biblioteka stanowi metaforę światowych zasobów informacyjnych i dóbr kultury. Niemniej jednak – jak dowodzi Vaidhyanathan – można znaleźć w filozofii Internetu cechy charakterystyczne dla filozofii anarchistów: wolność, równość, dobrowolny udział, brak władzy, kontroli i przymusu.

Zdaniem Vaidhyanathana, anarchistyczny charakter mają w szczególności sieci peer-to-peer, którym poświęca w swojej książce dużo miejsca. The Anarchist ukazał się w roku 2004, więc nie znajdziemy tam wiele na temat serwisów społecznościowych czy innych narzędzi Web 2.0. Swoją drogą, czy ktoś jeszcze pamięta Napstera? ;)

Znajdziemy za to ciekawe refleksje na temat P2P. Według autora zjawisko to występowało już wielokrotnie w historii (choć w innej rzeczywistości i innej skali). Pierwowzorem sieci wymiany plików były, jego zdaniem, potajemne zgromadzenia paryskich mieszczan przekazujących sobie wieści i plotki o rodzinie królewskiej w XVIII wieku, które stopniowo osłabiały pozycję monarchii i mogły być jednym z katalizatorów Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Cechy P2P nosiły także zwyczaje młodych ludzi dorastających w epoce przed powstaniem Internetu – wymienianie się muzyką, przekazywanie sobie nowinek o nowych trendach, płytach czy wykonawcach, pożyczanie kaset magnetofonowych i przegrywanie ich.

Wiele miejsca poświęca Vaidhyanathan reakcji na P2P ze strony przemysłu muzycznego, filmowego i producentów oprogramowania (walka medialna i sądowa, wprowadzanie Digital Right Management i regionalizacji DVD, przypadki oskarżeń przeciwko osobom – także ze środowiska naukowego – pokazującym słabości i nieskuteczność stosowanych zabezpieczeń, itd.)

Autor opisuje też ciekawą historię związaną z wydaniem książki The Wind Done Gone Alice Randall, będącej przeróbką Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. W roku wydania Przeminęło z wiatrem (1936) obowiązywał jeszcze 56-letni okres trwania praw autorskich po śmierci twórcy, dzięki czemu książka Mitchell mogła znaleźć się w domenie publicznej już w roku 1993. Jednak w międzyczasie wydłużono okres ochrony i wydawcy The Wind Done Gone zostali oskarżeni o pogwałcenie prawa autorskiego. Książka ostatecznie ukazała się, lecz tylko dlatego, że zinterpretowano jej treść jako parodię oryginału (w takim przypadku prawo autorskie dopuszcza przeróbkę dzieła oryginalnego). Jednak wersja Randall nie była parodią, tylko rozwinięciem mniej znanych wątków, przedstawieniem oryginalnej historii z innej perspektywy i z punktu widzenia innych postaci.

Trudno nie zgodzić się z Vaidhyanathanem, że stosowane praktyki zabezpieczania przed łamaniem praw autorskich coraz częściej ograniczają użytkowników dóbr kultury pragnących zgodnie z prawem z nich korzystać, a jednocześnie w coraz większym stopniu okazują się nieskuteczne. Ponadto, jak w przypadku Przeminęło z wiatrem, zbyt długi okres ochrony dzieł, które już od wielu lat funkcjonują w narodowym i światowym obiegu kulturowym, ogranicza twórców, uniemożliwiając im przetwarzanie czy reinterpretowanie zawartych w oryginalnym dziele idei.

Bibliotekarzy mogą też zainteresować wspomniane w książce kontrowersje, wynikające ze stosowania amerykańskiej ustawy antyterrorystycznej Patriot Act, na mocy której biblioteki miały obowiązek ujawniać pracownikom FBI prywatne dane użytkowników. Po atakach terrorystycznych z 2001 r. przynajmniej 545 bibliotek musiało poinformować FBI m.in. o wyborach czytelniczych swoich użytkowników oraz z jakich miejsc korzystają w Internecie. Liczba ta - jak zaznacza autor – może być znacznie większa, bo nie zawsze wolno było bibliotekarzom ujawniać, że takie przesłuchania miały miejsce. Vaidhyanathan uważa tego rodzaju praktyki za zagrożenie nie tylko dla praw obywateli, lecz przede wszystkim dla biblioteki jako miejsca będącego ostoją wartości demokratycznych (wolności, otwartości, równości dostępu do informacji i dóbr kultury).

Warto też zacytować, co autor pisze o bibliotekach i bibliotekarzach:

„Bibliotekarze powinni stać się naszymi bohaterami. Biblioteka jest nie tylko ważną instytucją dla społeczeństwa, w którym funkcjonuje, lecz także w pełnym tego słowa znaczeniu uosabia oświecenie. Jest świątynią poświęconą idei, że dostęp do wiedzy powinien być wolny, lub przynajmniej niedrogi, a drzwi zawsze otwarte. Wspieranie bibliotek (finansowe, duchowe, intelektualne i prawne) to jedna z najlepszych rzeczy, jakie możemy zrobić dla świata w tym stuleciu.” (s. 119)

Siva Vaidhyanathan obecnie pisze nową książkę pt The Googlization of Everything

13-01-2008

Wikinomics – partnerska produkcja i siła społeczności

“Wikinomics. How mass collaboration changes everything" Dona Tapscotta i Anthony’ego D. Williamsa jest wg niektórych źródeł jednym z pierwszych opracowań na temat fenomenu Web 2.0, skierowanym do świata biznesu. Z pewnością nie jedynym. Te same zjawiska na podobnych przykładach opisuje także Thomas L. Friedman w wydanej przez Dom Wydawniczy REBIS książce „Świat jest płaski – krótka historia XXI wieku” („Wikinomics” jeszcze się w Polsce nie ukazała, choć podobno ma się niebawem pojawić).

Nie podejmuję się napisać profesjonalnej recenzji „Wikinomics”, nie mając przygotowania ekonomicznego, myślę jednak, że ta książka może zainteresować nie tylko ekonomistów, a zjawiska opisane przez autorów, choć wydają się powszechnie znane lub przynajmniej kojarzone, z pewnością wymagają przybliżenia i wielu jeszcze fachowych opracowań.

Zdaniem Tapscotta i Williamsa, dzięki rewolucji telekomunikacyjnej, upowszechnieniu Internetu i rozwojowi technologii, mamy do czynienia z nowym modelem ekonomicznym, który staje się obecny w niemalże każdej dziedzinie światowej gospodarki. Technologie i narzędzia Web 2.0 umożliwiły powstanie nowego typu wytwarzania dóbr, nazywanego przez autorów (choć faktycznie terminu tego po raz pierwszy użył Yochai Benkler) peer production (produkcja partnerska). Co ciekawe, Thomas L. Friedman pisząc w swojej książce „Świat jest płaski” mniej więcej o tym samym, używał określenia uploading.

Na peer production składają się znane nam już zjawiska, takie jak blogowanie, współtworzenie serwisów wiki, dyskusje na forach internetowych, projekty wolnego oprogramowania, komentowanie wypowiedzi, współpraca użytkowników w wytwarzaniu dostępnych w Internecie treści – a więc wszystko to, dzięki czemu dotychczasowi konsumenci towarów i usług stają się jednocześnie ich producentami, a więc prosumentami (wielokrotnie cytowanego w „Wikinomics” terminu prosumers po raz pierwszy użył futurolog Alvin Toffler). Peer production wpływa także na sposób organizacji i funkcjonowania przedsiębiorstw. Dominująca przez lata struktura hierarchiczna (oparta na „szefowaniu” i kontroli) ustępuje miejsca bardziej elastycznej organizacji, w której coraz większego znaczenia nabiera współpraca pozioma, samoorganizacja i społeczny udział. Tego typu struktury organizacyjne przyjmują „inteligentne” przedsiębiorstwa, które zachęcają pracowników do korzystania z technologii Web 2.0, nawiązują współpracę z internetowymi społecznościami, szukają pomysłów na zewnątrz i wykorzystują dostępne możliwości, by wprowadzać i rozwijać innowacyjne rozwiązania.

Nowy model ekonomiczny (model wikinomii) opiera się na czterech zasadach: otwartości (openness), współpracy partnerskiej (peering), dzielenia się (sharing) oraz globalnego działania (acting globally). Otwartość oznacza tu wykorzystywanie pomysłów i potencjału intelektualnego dostępnego na zewnątrz. Współpraca partnerska to funkcjonowanie w ramach poziomych, elastycznych struktur organizacyjnych lub samoorganizowanie się członków społeczności w celu stworzenia jakiegoś produktu, treści bądź usługi. Dzielenie się oznacza udostępnianie potencjalnym partnerom narzędzi, wiedzy, zasobów lub informacji (a także mocy komputerów, szerokości pasma, czy szybkości łącza), co pozwala zwiększyć wydajność pracy, a także szybciej i efektywniej osiągnąć zamierzony cel. Działanie globalne to poznawanie i wykorzystywanie technologii i kapitału ludzkiego dostępnego na całym świecie, przede wszystkim w dynamicznie rozwijających się krajach azjatyckich, takich jak Chiny, Indie i Korea Południowa.
Zdaniem autorów „Wikinomics”, wymienione zasady w coraz większym stopniu wpływają na konkurencyjność przedsiębiorstw XXI wieku. Gdy zjawiska składające się na peer production przenikną do biznesu, powstanie nowy typ gospodarki opartej na współpracy (collaboration economy), w której komercyjne firmy wraz z milionami niezależnych prosumentów będą funkcjonować w elastycznych swobodnych sieciach i współtworzyć nową gospodarczą jakość.

Dobrymi przykładami samoorganizujących się społeczności i partnerskiej współpracy między ich członkami są: społeczność programistów tworzących i rozwijających system operacyjny Linux oraz serwis społecznościowy Flickr.
Twórcy Linuksa wspólnie pracują nad systemem będącym darmową alternatywą dla komercyjnego Windowsa. Kod źródłowy Linuksa jest otwarty - każdy kto chce i potrafi, może go modyfikować, pod warunkiem, że jego praca zostanie zaakceptowana przez społeczność, a jej efekty udostępnione na tych samych zasadach. Z Linuksa korzystają także firmy oszczędzając pieniądze, które musiałyby wydać na komercyjne produkty, i wspomagając społeczność programistów (z twórcami Linuksa współpracuje m.in. IBM). Warto podkreślić, że pod względem organizacyjnym społeczność twórców wolnego oprogramowania ma charakter częściowo hierarchiczny: najwięcej mają w niej do powiedzenia osoby o najwyższych umiejętnościach i największym doświadczeniu (merytokracja).

Flickr to jeden z najwcześniejszych serwisów Web 2.0 i zarazem sztandarowy przykład na efektywne funkcjonowanie tej technologii. Dostawcy usługi oferują platformę sprzętową, programową i darmowy hosting zdjęć, a użytkownicy zajmują się całą resztą: wytwarzają i publikują „content” (fotografie), budują własny system klasyfikacji (folksonomia), wysyłają komentarze, tworzą aplikacje do zarządzania zdjęciami i wyrażają zgodę na wykorzystanie zdjęć do celów komercyjnych.

Inny, zawarty w „Wikinomics” przykład samoorganizującej się społeczności wokół dostępnych w Sieci platform współpracy to Katrina PeopleFinder Project – usługa wyszukiwania informacji o osobach, z którymi stracono kontakt po ataku huraganu Katrina na południowe wybrzeże Stanów Zjednoczonych w sierpniu 2005 roku. W projekcie wzięło udział kilka tysięcy ludzi (programistów i ochotników), którzy stworzyli w sieci bazę informacji o zaginionych osobach, scalając w jednym miejscu zasoby rozproszonych danych z wielu nie związanych ze sobą stron WWW, serwisów, biuletynów czy luźnych ogłoszeń. Zrodzony z pilnej potrzeby projekt powstał w zaledwie kilka dni i, jak podkreślają autorzy „Wikinomics”, nie kosztował amerykańskiego podatnika ani jednego centa.

Warto także dodać kilkakrotnie już cytowany (także przez Thomasa L. Friedmana) przykład współpracy kanadyjskiej firmy Goldcorp (producenta złota) ze społecznością internautów, która wzięła udział w ogłoszonym przez firmę konkursie Goldcorp Challenge. Firma znajdowała się w niezwykle trudnej sytuacji finansowej: stanęła przed koniecznością zamknięcia najważniejszej kopalni złota, a nie potrafiła własnym sumptem znaleźć nowych złóż. Ogłaszając otwarty konkurs podała do publicznej wiadomości pilnie dotąd strzeżone i utajniane firmowe dane geologiczne (openness, sharing). Odzew był natychmiastowy: ponad tysiąc geologów z ok. 50 krajów (acting globally) ściągnęło udostępnione materiały i podjęło prace (peering) na odległość, nie mając bezpośredniego kontaktu z badanym terenem. Konkurs wygrał zespół geologów z firmy australijskiej, a analiza nadesłanych prac pozwoliła firmie Goldcorp odnaleźć nowe cenne złoża, wyjść z kryzysu i w ciągu kilku lat stać się gigantem w branży producentów złota.

Autorzy „Wikinomics” wskazują środowiskom biznesowym korzyści, jakie może im przynieść produkcja partnerska i wykorzystanie siły społeczności:

- korzystanie z pomysłów, talentów i kapitału intelektualnego znajdującego się gdzieś na zewnątrz (żadna firma nie jest w stanie zapewnić sobie konkurencyjności, mając do dyspozycji wyłącznie własne zasoby);

- bycie na czasie i „nadążanie” za społecznością internautów (jeśli nie będziesz trzymać palca na pulsie, ktoś za twoimi plecami wymyśli coś, z czego chętnie skorzysta konkurencja);

- kreowanie popytu na dodatkowe usługi (współpracując ze społecznością nad jednym projektem, można wywołać zapotrzebowanie na produkt lub usługę wynikającą z tego projektu, takich jak np. seria książek powstających w związku z Wikipedią);

- obniżenie kosztów (IBM oszczędza 900 milionów dolarów rocznie korzystając z oprogramowania open source);

- odsuwanie przedmiotu konkurencji na inne dziedziny (np. korzystanie z systemów operacyjnych i serwerów open source, i jednocześnie zarabianie na sprzedaży programów użytkowych);

- ułatwianie i upraszczanie współpracy z partnerami (pozbywanie się ograniczeń wynikających z konieczności zajmowania się prawem własności intelektualnej, stopniem udostępniania informacji partnerom itp.);

- budowanie i rozwijanie społecznego kapitału.

Ciekawym terminem użytym (po raz pierwszy?) przez autorów „Wikinomics” jest ideagora. Jest to zlepek dwóch słów: idea (myśl, pomysł, wiedza, idea) oraz agora (rynek – miejsce zgromadzeń obywateli starożytnych Aten), stanowi więc określenie nowego zjawiska, jakim jest globalny rynek pomysłów, umiejętności, fachowej wiedzy, unikatowych kwalifikacji i innowacyjnych rozwiązań.
Rzadko się zdarza, by firma, która napotka jakiś problem podczas prac nad rozwojem własnego produktu, posiadała w zespole swoich pracowników kogoś o właściwym przygotowaniu, kwalifikacjach i umiejętnościach koniecznych, by znaleźć najlepsze z możliwych rozwiązanie tego problemu. Ktoś taki z pewnością jest gdzieś na świecie, trudno go jednak mieć „na zawołanie”. Ideagora jest odpowiedzą na to zapotrzebowanie – dzięki technologiom Web 2.0, umożliwiającym komunikację na skalę globalną, znalezienie i „zatrudnienie” największych specjalistów świata do rozwiązania konkretnego problemu staje się coraz łatwiejsze i przynosi korzyści obu współpracującym stronom.

Ilustracją tego zjawiska jest zacytowana w „Wikinomics” historia pewnego błyskotliwego chemika i pasjonata, który po długoletniej pracy dla dużego koncernu przeszedł na emeryturę. Ze względu na swoje zasługi często awansował, nie miał więc okazji zajmować się w pracy tym, co lubił najbardziej, czyli badaniami naukowymi. Po przejściu na emeryturę zbudował w swoim domu laboratorium chemiczne i mógł od nowa zająć się swoją pasją. Natrafił kiedyś na serwis InnoCentive w którym znalazł wymagający rozwiązania problem, opublikowany przez jedną z firm farmaceutycznych (wypracowanie efektywnej metody produkcji komponentu wprowadzanego na rynek leku). Znał zagadnienie ze swojej poprzedniej pracy, a mając umiejętności, fachową wiedzę i odpowiednie warunki pracy potrafił przedstawić firmie optymalne rozwiązanie, za co otrzymał niebagatelną nagrodę pieniężną w wysokości 25 000 dolarów.

W InnoCentive zarejestrowanych jest kilkadziesiąt tysięcy naukowców, którzy pracują (anonimowo) nad problemami zgłaszanymi (także anonimowo) przez takich gigantów, jak Boeing, Dow, DuPont, czy Procter & Gamble. System ten pozwala znaleźć ekspertów potrafiących najlepiej rozwiązać dany problem, bez konieczności zatrudnienia ich w firmie. Rozwiązania wystawiane są na aukcjach, tak więc InnoCentive, a także inne powstające serwisy tego rodzaju, to wg Tapscotta i Williamsa swoista usługa aukcyjna eBay dla innowacji.

Autorzy “Wikinomics” sporo miejsca poświęcają prosumentom działającym w sferze kultury i rozrywki. Interesujący jest sposób, w jaki fani zaczynają brać udział w powstawaniu gotowego produktu kulturowego, jakim jest film, czy muzyka. Ilustruje to przykład filmu Davida R. Ellisa „Snakes on the plane”, który stał się internetowym fenomenem. Internauci (fani odtwarzającego jedną z głównych ról w filmie Samuela L. Jacksona) wymogli na twórcach wprowadzenie zmian w tytule filmu, dodali także własne dialogi. W blogu jednego z fanów znalazła się wypowiedź: „Kiedyś widzieliśmy reklamę, obejrzeliśmy film, kupiliśmy koszulkę promocyjną i magnez na lodówkę. Teraz współtworzymy przekaz reklamowy, dodajemy swoje „trzy grosze” do treści filmu, sami projektujemy koszulki i inne gadżety”.

Fani przerabiają utwory znanych artystów i wręcz je współtworzą, nierzadko zachęcani do tego przez samych artystów, partycypując w rozwoju nowego zjawiska kulturowego – kultury remiksu. Zespół Beastie Boys zaprosił swoich fanów do nakręcenia amatorskiego filmu dokumentującego koncert zespołu, opublikował także w Sieci wersję a capella swoich utworów, zachęcając internautów do tworzenia na ich podstawie własnych projektów. Modyfikowanie oryginalnych dzieł, dodawanie ozdobników, przetwarzanie, mieszanie z innymi dziełami i udostępnianie efektów tych działań w Internecie dla jednych stanowi naruszenie praw autorskich i spotyka się z gwałtownym sprzeciwem ze strony wielkich koncernów płytowych i apologetów własności intelektualnej. Dla innych (a są wśród nich tacy artyści jak Nine Inch Nails, Beastie Boys czy David Byrne) – fanowskie remiksy to sposób nawiązywania i utrzymywania kontaktu ze społecznością odbiorców, okazja do lepszego ich poznania, a także do rozwijania i wzbogacania repertuaru. Tapscott i Williams unikają jednoznacznych deklaracji na temat moralnych aspektów omawianych problemów. Wskazują jednak, na przykładzie fanowskiej twórczości, jak Internet i technologie Web 2.0 zmieniły sposób wytwarzania i dystrybucji kulturowych treści. Jeden z remiksujących znane utwory fanów tak mówi o zjawisku remix culture i bedroom DJs (domowi didżeje): „Dziś nie potrzebujesz żadnych dystrybutorów, bo to Sieć jest twoim dystrybutorem. Nie potrzebna ci także wytwórnia płytowa, bo masz ją we własnym pokoju. Studia nagrań też nie potrzebujesz, wystarczy, że masz komputer”.

To zaledwie kilka z poruszonych przez autorów „Wikinomics” problemów. Książkę z pewnością warto przeczytać, choćby jako kompendium zjawisk składających się na Web 2.0 (nie tylko) w biznesie, objaśnionych czytelnie, prostym językiem, i zilustrowanych ciekawymi przykładami.



Wikinomics. How mass collaboration changes everything
Don Tapscott, Anthony D. Williams
(New York i in.) Portfolio (Member of Penguin Group) 2006

23-10-2007

Bibliotekarz hybrydowy

18 października br. odbyło się w Będzinie III Forum Bibliotekarzy Samorządowych Powiatu Będzińskiego, zorganizowane przez Miejską i Powiatową Bibliotekę Publiczną w Będzinie pod hasłem „Osobowość i etyka zawodowa bibliotekarza we współczesnym świecie”. Gospodarze spotkania zwrócili się do mnie do prośbą o przygotowanie wystąpienia na temat zawodu bibliotekarza w XXI wieku: cech, umiejętności, osobowości, obrazu, perspektyw i wyzwań. Prośba ta zainspirowała mnie do lektury i wielu przemyśleń. Pisząc o funkcjach, zadaniach i organizacji współczesnej biblioteki, nowych technologicznych rozwiązaniach i koncepcjach Biblioteki 2.0 chyba nie do końca dostrzegamy w tym wszystkim rolę i miejsce bibliotekarza. Większość osób wypowiadających się czy piszących o roli bibliotek we współczesnym świecie zgadza się, że biblioteka XXI wieku jest biblioteką hybrydową - pełni tradycyjne funkcje skarbnicy wiedzy, ale też nowe zadania: centrum kulturalnego, ośrodka edukacyjnego, miejsca spotkań społeczności lokalnej, instytucji usługowej, węzła sieci (w przypadku projektów katalogów centralnych i rozproszonych oraz bibliotek cyfrowych), a także przestrzeni w świecie wirtualnym (wyspy w Second Life).

Wydaje się więc zasadne, by zacząć się posługiwać pojęciem bibliotekarza hybrydowego i zastanowić się, jakie cechy i umiejętności powinien posiadać taki bibliotekarz, by móc sprostać potrzebom, oczekiwaniom i wyzwaniom współczesnego świata.

Zobaczmy, czego oczekują od bibliotek użytkownicy (uwzględniam także takich, którzy aktywnymi użytkownikami nie są, ale potencjalnie mogliby nimi być):

- wiarygodnej, prawdziwej, sprawdzonej i rzetelnie opracowanej informacji, przesłanej szybko i sprawnie, najlepiej drogą elektroniczną;

- atrakcyjnej oferty kulturalnej i edukacyjnej (darmowych lekcji języków obcych, warsztatów rozwijających umiejętności i zainteresowania, zajęć przygotowujących do egzaminów, ciekawych koncertów, spotkań ze znanymi osobami);

- produktów i usług wysokiej jakości;

- dobrej organizacji, długich godzin otwarcia, sprawnej, miłej i kompetentnej obsługi;

- dostępu do sieci, automatyzacji usług, szybkiej i sprawnej obsługi za pośrednictwem Internetu (e-mail, formularze, czat, zautomatyzowane katalogi i bazy danych, biblioteki cyfrowe bez ograniczeń);

- miejsca (rzeczywistego i wirtualnego), w którym można się spotkać i miło spędzić czas.

Czytelnik bywa częściej nazywany użytkownikiem (bo już nie tylko czyta, lecz także ogląda, słucha albo klika korzystając z interaktywnych multimediów), a czasem nawet klientem, tzn. użytkownikiem instytucji usługowej. Pojęcie klienta, choć często krytykowane w branżowej prasie, wydaje się jednak istotne, gdyż podkreśla usytuowanie bibliotek na wolnym rynku w warunkach konkurencji. A konkurencja jest duża i bardzo zróżnicowana. Należy do niej przede wszystkim Internet i wszystkie usługi, które wokół niego powstają (zamiast czytać lektury, można ściągnąć opracowanie z sieci, zamiast iść do biblioteki na wystawę czy imprezę, można pogadać na czacie lub nawiązać nowe znajomości w MySpace, zamiast zobaczyć w bibliotece pokaz filmu, można obejrzeć wideoklip w YouTube, itd.). Konkurencją jest także telewizja, zwłaszcza odkąd stała się interaktywna. Konkurencją są multimedia, szczególnie gry komputerowe, które czasem z powodzeniem zastępują dobrą literaturę – opowiadają ciekawą historię, a na dodatek pozwalają w niej uczestniczyć. Konkurencją są profesjonalni usługodawcy: firmy infobrokerskie, zajmujące się komercyjnym wyszukiwaniem i dostarczaniem informacji, a także inne instytucje kultury lub agencje artystyczne organizujące koncerty (coraz częściej darmowe). Konkurencją jest kino – nie tylko atrakcyjne multipleksy, lecz także coraz bardziej popularne kino domowe. Wreszcie kolejnym graczem stają się hipermarkety, które przyciągają klientów „na kulturę” – organizują wystawy, koncerty, reklamują się jako miejsca spotkań i przyjemnego spędzania wolnego czasu.
Z taką konkurencją wygrać nie można. Być może zatem biblioteki staną przed wyborem: zamknąć kolejną filię czy przenieść ją do hipermarketu (w niektórych krajach azjatyckich już są takie biblioteki), przeorganizować ją na salę kinową czy „miejsce wirtualnych spotkań w MySpace”. Jeśli wygrać nie można, trzeba się jakoś ułożyć.

Podejście proklienckie (w przypadku bibliotek częściej nazywane „zorientowaniem na czytelnika” lub „koncentracją na czytelniku”) wymaga uwzględnienia przez bibliotekarzy czynników, mechanizmów i pojęć kojarzonych głównie z biznesem (takich jak satysfakcja klienta, lojalność, zarządzanie relacjami, dostarczanie wartości). Warto także uzmysłowić sobie, że jakość obsługi ma dla klienta wartość wyższą niż jakość produktu, i że nawet 65-85% zadowolonych klientów może odejść do konkurencji. Przyjmuje się, że klient zadowolony opowiada o swoim zadowoleniu 3 innym osobom, a rozczarowany mówi o swoim rozczarowaniu 10 innym. W dobie Web 2.0 należałoby to założenie nieco zweryfikować: rozczarowany opisze nas na blogu lub na forum, gdzie przeczytają o tym setki innych ludzi :)

Kim zatem bywa bibliotekarz hybrydowy i czym się zajmuje? Z całą pewnością zachował swoje tradycyjne funkcje: gromadzenie, opracowanie, udostępnianie zbiorów (tyle że tych zbiorów i ich rodzajów zdecydowanie przybyło). Chroni dziedzictwo kulturowe swojego kraju i regionu, poddaje konserwacji, zabezpiecza przed zniszczeniem. Świadczy usługi (kseruje, skanuje, kopiuje, sporządza zestawienia tematyczne), organizuje różnorodne wydarzenia kulturalne (także sposoby spędzania wolnego czasu), prowadzi zajęcia edukacyjne – uczy, szkoli, często wychowuje. Bywa psychologiem, a nawet profesjonalnym terapeutą (biblioterapeutą), promuje regionalną kulturę, upowszechnia wiedzę o niej, a swoimi działaniami inspiruje kolejnych twórców i odbiorców. Jest także menedżerem – zarządza personelem, informacją i sobą (by jak najlepiej spełnić swoje zadania). Wreszcie buduje relacje – z klientem, współpracownikami, partnerami, sponsorami, organizacjami i (ogólnie) otoczeniem.

Bibliotekarz coraz częściej bywa określany jako „specjalista informacji”, „profesjonalista informacji”, czy „menedżer informacji” – takie nazwy funkcjonują w języku angielskim. Od „profesjonalisty informacji” niedaleko już do „infobrokera”, czyli kogoś, kto zawodowo zajmuje się wyszukiwaniem, opracowywaniem i dostarczaniem informacji na zlecenie klienta. „Bibliotekarz czy infobroker?” – będzie więc dylematem dla użytkownika (indywidualnego, a także firmowego), który potrzebuje wiarygodnej, sprawdzonej, opracowanej i kompletnej informacji (zwłaszcza biznesowej czy ogólnie gospodarczej).

„Bibliotekarka czy wyszukiwarka?” – to znakomite hasło wymyślone przez pracowników Biblioteki Uniwersytetu Rzeszowskiego trafnie opisuje problem współczesnego czytelnika, pragnącego w możliwie najdogodniejszy dla siebie sposób dotrzeć do informacji. Coraz częściej wybiera Internet: „ po co mam przychodzić do biblioteki po lekturę, skoro w sieci znajdę jej streszczenie, czy nawet gotowe opracowanie?”, „po co brać udział w spotkaniu autorskim, skoro mogę na czacie pogadać ze znanym aktorem?”, „dlaczego mam w ogóle w bibliotece szukać informacji, skoro w Internecie znajdę bardziej aktualną i nie muszę w tym celu wychodzić z domu?”... itd. Rolą hybrydowego bibliotekarza, który w swojej pracy także wykorzystuje Internet, powinno więc być zaproponowanie użytkownikowi różnych źródeł informacji wraz z instruktażem o plusach i minusach każdego z nich. Ktoś kto nie lubi tracić czasu na bezowocne szperanie w sieci, z pewnością doceni fachową pomoc na temat wyszukiwania informacji oraz sposobów oceny jej wiarygodności. Już sama informacja o tym, że wiele materiałów w sieci jest po prostu nieprawdziwych lub zawierających błędne dane (wraz ze stosownymi przykładami) pewnie otworzyłaby oczy wielu osobom bezgranicznie ufającym Internetowi jako miejscu „gdzie można znaleźć wszystko”.

Jakimi zatem cechami i umiejętnościami dysponuje współczesny bibliotekarz hybrydowy? Wydaje się, że powinien:

- mieć wszechstronną wiedzę, znać się powierzchownie na wszystkim, umieć dokonać selekcji i oceny informacji, jej analizy i (lub) syntezy;

- znakomicie posługiwać się komputerem, obsługiwać najpopularniejsze programy, sprawnie poruszać się po Internecie, być na czasie, znać technologiczne nowinki;

- umieć dogadywać się, pracować w zespole, współdziałać, wspólnie realizować różnorodne projekty;

- być elastycznym, posiadać zdolność przystosowywania się, umieć przestawić się z dnia na dzień z jednego rodzaju pracy na inny;

- mieć zdolności interpersonalne (łatwo nawiązywać kontakty, potrafić się komunikować, negocjować, budować relacje ze współpracownikami, użytkownikami, partnerami, sponsorami, otoczeniem);

- być kreatywnym, mieć fantazję (przy okazji przeglądania bibliotecznych wideoklipów dostępnych w TouTube przyszło mi na myśl, ze powinien być także dobrym filmowcem :) );

- być asertywnym (umieć wyrażać swoje prawa i potrzeby, stanowczo mówić „nie”, gdy ktoś naruszy te prawa);

- mieć wysokie poczucie wartości, umieć się promować, mówić dobrze o swoich umiejętnościach i dokonaniach;

- być konsekwentnym i zdeterminowanym, stawiać sobie ambitne cele i śmiało je realizować;

- zrozumieć użytkownika i jego potrzeby (empatia);

- („last but not least”!) znać języki obce - praca bibliotekarza w coraz większym stopniu ma zasięg globalny.

Na zakończenie kilka refleksji na temat przyszłości zawodu bibliotekarza. Być może kiedyś bibliotekarzy zastąpią infomaty lub inne samoobsługowe maszyny, które już można spotkać w niektórych amerykańskich i azjatyckich bibliotekach. Bibliotekarz przyszłości może być także holograficzną projekcją, podobnie jak jedna z postaci występujących w filmie Simona Wellsa Wehikuł czasu.



Być może rolę bibliotekarza będzie kiedyś pełnić agent – specjalny program, który na życzenie wyszuka informacje w semantycznej sieci. Jak pokazuje już dziś przykład bibliotek funkcjonujących w świecie wirtualnym Second Life, bibliotekarz może z powodzeniem wykonywać swoją pracę pod postacią awatara – udzielać informacji i oferować różnorodne usługi innym awatarom (wirtualnym reprezentacjom rzeczywistych użytkowników).

Wydaje się, że bibliotekarzy w przyszłości nie zabraknie, choć mogą się nazywać i wyglądać nieco inaczej niż dziś.

14-10-2007

Sieci społeczne w bibliotekach

Ciekawy tekst ukazał się w blogu Panlibus. Jedna z amerykańskich bibliotek uczelnianych postanowiła ograniczyć studentom możliwość korzystania ze społecznościowego serwisu Facebook, w wyniku czego wykorzystanie bibliotecznych komputerów spadło o 80%. Uważam, że jest to dla bibliotek ważna informacja, gdyż pokazuje, czego użytkownicy (lub znaczna ich część) szukają w bibliotece, do czego chcieliby mieć dostęp, czy po prostu (i brutalnie) - po co właściwie tam przychodzą.

Co ciekawe, chodzi o bibliotekę amerykańską, a biblioteki amerykańskie są znacznie lepiej od naszych wyposażone, dysponują lepszym zapleczem technicznym (i warunkami finansowymi), są więc dobrze przygotowane do realizacji nowoczesnych usług informacyjnych. A jednak.

Czytelnik przychodzi do biblioteki po to, by dostać coś, co jest mu potrzebne, a nie po to, by dowieść, jak wielu ludzi czyta książki. Bywa, oczywiście, że potrzebne mu są książki, lecz niestety coraz rzadziej. Częściej potrzebny mu jest dostęp i konkretna informacja, najlepiej dostarczona zdalnie. Amerykańskim studentom potrzebny był dostęp do sieci, i to głównie do jednego z najpopularniejszych wśród młodzieży społecznościowych serwisów Facebook. W uczelnianym kampusie nie każdy ma dostęp do Internetu, zresztą w wielu domach (nawet w USA) dostępu do sieci jeszcze nie ma lub jest za wolny, lub za dużo osób chce korzystać na raz :)

Serwisy społecznościowe to wynalazek amerykański, więc tam jest najwięcej ich odbiorców. Lecz wszystko w Internecie ma zasięg globalny (Facebook - ponad 42 mln zarejestrowanych użytkowników, MySpace - ok. 15o milionów użytkowników - dane z Wikipedii). W Polsce sieci społeczne są może mniej popularne niż w USA, mamy jednak coraz więcej naszych rodzimych (grono.net, ogniwo.net, Moja Generacja czy GoldenLine), a wiele polskich profili można już znaleźć w anglojęzycznym serwisie MySpace.

Zresztą MySpace wkracza na polski rynek, co może oznaczać zwiększone zainteresowanie czy też odkrycie tego zjawiska przez wielu dotychczas nieświadomych internautów. Wielu z nich z pewnością nie przyjdzie do biblioteki tylko po to, by skorzystać z sieci społecznych, ale na pewno będą i tacy. Jak pokazuje amerykański przykład, lepiej więc nic nie ograniczać. Można by nawet w ramach lekcji bibliotecznych wprowadzić do programu zajęć tematykę serwisów społecznościowych, np. pokazać, jak zakłada się profil, jakie funkcje są dostępne w serwisie i jakie mogą być sposoby ich wykorzystania...